O wędrówce psiej duszy, co wesoło merda na ogonie

Jeśli sądzisz, że w dobie smartfonów sztuka czytania zanikła, zwłaszcza wśród dorosłych, to niezawodny znak, że… nie sięgnąłeś po “Był sobie pies 2”! Kontynuacja przygód sympatycznego Baileya jest nie lada gratką dla fanów pierwszej części książki i miłośników czworonogów na całym świecie. Czy oddany psiak podoła nowej roli i odnajdzie się w mknącej na oślep rzeczywistości?

Na psa urok!

Bailey, pozostający w ciele starzejącego się Koleżki, przeczuwa, że tylko kilka machnięć ogonem dzieli go od chwili, gdy zjawi się sen głębszy niż poprzednie. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku może odejść w spokoju ducha na drugą stronę tęczy… Wtedy przewrotne przeznaczenie stawia na drodze do raju małą dziewczynkę. Clarity June, wnuczka Ethana znanego z poprzedniej odsłony, jest zaledwie trzylatką, kiedy ostatni raz widzi sędziwego Koleżkę, zanim przymusowa przeprowadzka rozdzieli przyjaciół na dłuższy moment. Ponownie spotkają się już w nowych wcieleniach: Bailey przybierze postać kolejnego psa, zaś Clarity z dziecka zmieni się w nastolatkę. U progu dorastania i życia w przerażająco obcym mieście potrzebuje swego psiego towarzysza jak nigdy dotąd. Próba zmierzenia się z przeciwnościami losu nieuchronnie będzie się wiązała z nie zawsze przyjemną prawdą o nas samych, a tytułowy Pies Stróż spróbuje wybawić młodziutką CJ z licznych kłopotów. Nie wszystkich przeszkód da się jednak uniknąć… „Był sobie pies 2” nie boi się podejmowania tematów trudnych, ale aktualnych: zaburzeń odżywiania, braku wiary w siebie czy samotności wśród tłumu.

Psimi oczami

Na wydawniczy sukces poprzedniej części złożyła się wprawdzie udana ekranizacja filmowa, niemniej nawet za nią musiała stać ciepła i wzruszająca fabuła. W. Bruce Cameron sprawnie przemienił prostą opowiastkę na dobranoc w prawdziwie psią powieść drogi. Swoim utworem wpisał się zarazem w modny obecnie nurt książek spod znaku Psa, chwalących powrót do natury i wsłuchujących się w opowieści z małego-wielkiego świata zwierzaków domowych.

Czytelnicy za najjaśniejszą Psią Gwiazdę tego tytułu uznali narrację prowadzoną z punktu widzenia Baileya. Celowo nie pozbawiono jej pewnej naiwności i to właśnie w tej pozornej prostocie tkwi największa siła prozy Camerona. Autor ma dar pisania zwyczajnym językiem o rzeczach skomplikowanych, nie wkłada w pyszczek psiego bohatera niczego, czego ten nie byłby w stanie pomyśleć. Nie przydaje mu supermocy innych niż te, za które wszyscy kochamy psy, czyli bezwarunkową miłość, szczere oddanie i wierność aż po grób. Książka tak bliska życiu z niezrównaną celnością musiała trafić do serc czytających. Można się tylko cieszyć, że wprawdzie koty miewają dziewięć wcieleń, ale psy liczą ich sobie nieskończenie więcej: każde tak samo cenne i pozostawiające po sobie trwały odcisk łapy.

A gdyby pieskapady było wciąż mało, zawsze można wybrać pozostałe tytuły autora: “O psie, który wrócił do domu”, “Psiego najlepszego. Był sobie pies na święta” czy serię skupiającą się na szczenięcych latach Baileya i Ellie.